wtorek, 29 maja 2012

Kawałek dnia- nie zrozumiesz.


                Wstaję… To znaczy próbuję wstać. Pierwszy budzik mam o 5:20. Zasypiam i się budzę przez kolejne tysiąc cztery drzemki. Mija godzina od pierwszego, niechcianego dźwięku. Czas wstawać tak na poważnie. Ogarniam się w szybkim tempie. Szybki prysz, szybkie śnia, szybkie wiado w radiu oraz mocna kawa. Najlepsze są te pite w poniedziałki. Poziom znienawidzenia tego dnia jest proporcjonalny do zajebistości kubka tej ambrozji. Słuchawki w uczy, dobry polski rap przekładany dobrym rockiem, tysiąc cztery sprawdzenia czy zamknąłem drzwi i motywujące słowa „Byle do piątku stary”. Co dzień czuję, że jestem przeznaczony do czegoś wielkiego- do WIELKICH czynów! Myślę tak codziennie, jednak wielkie sprawy jakoś nie chcą dziać się wokół mnie. A nawet jeśli by się działy to pewnie bym je przespał.     -,-     3…2…1…
                Póki co biegnę na autobus bo za późno  wyszliśmy. Śpię w autobusie. Dzięki temu systemowi mogę dziennie zyskać ponad godzinę snu. Na bezrybiu Irak ryba. To przysłowie jest przecież bez sensu, jak ta Zbrodnia Ikara- kto to widział by takie coś czytać? Droga do szkoły to kilka kilometrów. I co niby może się stać podczas przebierania nogami prócz powolnej degradacji obuwia? Ja dziś uratowałem dwa życia. W ostatniej chwili przed wykonaniem kroku dostrzegłem na chodniku dwa małe robaki. Niczym paralityk odsunąłem swą świętą stopę i uratowałem im życie. To jest pewnie ta WIELKA sprawa, na którą tak czekam. Ja dotarłem do szkoły, a te dwa robaki pewnie wpierdolił jakiś wróbel.
                Szkołę opiszę tak dobrze, jak to pamiętam:
Siema, delta na minusie, romantyzm, kwas, do jutra. Resztę przypomnę sobie jutro, gdy dowiem się, że za godzinę mamy sprawdzian. Tak w ogóle to w szkole mnie nie lubią- czuje to. 3…2…1…
                Już po lekcji- zostałem sam(nareszcie?). Trafiłem po raz tysiąc czwarty do tego samego przemiłego miejsca, w którym to kupuję cheeseburger’a i duża kawę. Wydam na to majątek. Drogie te gwoździe do trumny.  Świadomość mnie boli,  czasami  też  żołądek. 3…2…1… „Proszę reszta, smacznego”
                 Pomyślałem sobie, że ten dzień będzie wyjątkowy. Moje szczęście w końcu miało mi dopisać. Dotarłem do Mc zaraz przed ulewą. Jednak moje szczęście jest skurwysynem. Daje mi trochę farta by potem ze mnie się śmiać. Po połowie godziny musiałem wyjść, a na koniec deszczu nawet się nie zapowiadało. Znów piszę w Mc 3…2…1… Wstaję i kończę.
                Nie mam już czasu ani miejsca na kartce. Odwlekam wyjście z nadzieją, że przestanie padać. Moje szczęście szczerzy swoje zęby. Znów się rozpadało na dobre! Kurwa -,- 3…2…1…  A zapomniałbym- w szkole mnie uwielbiają.







1 komentarz:

  1. Tysiac czwarty raz, jestem pod wrazeniem. Tysiac piaty, czytam z przyjemnoscia.
    Tysiac szosty, komentarze z telefonu nie posiadajacego szacownych "zlotych polskich zglosek".
    Tysiac siodmy, zazdroszcze.
    Tysiac osmy...
    ... Mysle,iz moja odpowiedz jest bezcelu jak codzienna codziennosc. Ktora odbita w krysztale opisales.

    OdpowiedzUsuń