Wstaje i patrzę i patrzę jeszcze raz.
Zegarek, dawno uciekł mój czas.
Dobra godzina- jednak spóźniony
Co zrobić wpadam w diabelskie szpony.
Musze lecieć i nie zwracać uwagi.
Znaczenie, nieważne są wszystkie sprawy.
Wychodzę na ulicę dołączam się do tego
Ludzi w pośpiechu- świata pędzącego.
Chciałbym się sprzeciwić, zwolnić na trochę.
Odpocząć, pomyśleć, mieć jedną sobotę.
Dałbym wszystko za jakieś wyrwanie,
A tak to tylko wstaje i się kładę
Ale co jest najgorsze w tym szarym pędzie?
Nikt nie jest sobą, wszystko każdym będzie.
W ciągłym zamęcie, każdy chce przerwy
Ale przecież wygrają szybsi- nie lepsi!
Musze się poddać, większość wygrywa
Cel mego pędu już powoli zdobywam
Nie jestem dumny, że gonie jak każdy
Ale jak mi autobus spierdoli, wyleją mnie z pracy.
mwert13

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz