Tak dawno, że niedane jest nikomu pamiętać
Gdzie to było i czy sens większy istniał.
Ktoś w nadmiarze czasu siedział i myślał
i myślał tak od świtu do zmierzchu i jeszcze raz.
Dni były długie i tak spokojnie spływały ciszą,
Że dało się usłyszeć często szepty z daleka.
Gdzieś tam szumiał las, gdzieś płynęła rzeka,
A nad strumieniem siedział pan przy drzewach.
Nie musiał robić wiele wszystko miał obok.
Musiał się żywić i żyć nie przeszkadzając Jej,
Ale człowiek jak to ma w naturze swej
Nie mógł siedzieć i przyglądać się obłokom.
Więc siedział i siedział i myślał wytrwale i długo
Co zrobić by znaczyć coś więcej i więcej.
Myślał tak chyba dwa tygodnie jeszcze
o czasie, który przepływał przez gładkie ręce.
Aż pewnego, jak wszystkie, pięknego dnia
Krzyknął coś głośno, że spłoszył ciszę i ptaki
Wstał, popatrzył na świat jego piękny i nijaki
I stwierdził, że przyszedł już odpowiedni czas.
Nie zabrał nic z lasu, pozostawił wszystko.
Powoli zaczął stawiać kroki małe i lekkie
Z horyzontu zaczęło znikać jego miejsce,
A wyłaniało się pozornie piękniejsze.
Piękne, piękne mówił choć dobrze nie widział.
Za daleko by wrócić, za blisko by zrezygnować.
Więc jego mieszkanie stało się rozległe.
Dom jego stał się domem na kołach.
Szedł tak dniami, nocami spał pod skałą.
I podczas snu śnił tak bardzo pięknie
O miejscu które znanym mu było
A dokładnie śnił o swoim miejscu przy drzewie.
Słońce go budziło, nie słyszał już ptaków
I choć bardzo chciał dotrzeć gdzieś tam
To myśl niosły go jakby z powrotem,
Ale szedł ciekawością się tłumacząc.
I choć morał może mnie, Ciebie i wędrowca
Nie może oczarować, czy bardzo zadziwić:
Tak jak on idziemy
My- nie bardzo szczęśliwi
Tylko od tamtej pory zmieniła się droga Nasza.
.jpeg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz