Wstaję. Przecież wstaję. WSTAJĘ…
To znaczy próbuję wstać. Pierwszy budzik mam o 5:20. Zasypiam i się budzę przez
kolejne tysiąc cztery drzemki. Mija godzina od pierwszego, niechcianego
dźwięku. Mamy 6:20. Czas wstawać tak na
poważnie. Ogarniam się w szybkim tempie. Szybki prysz, szybkie śnia, szybkie
wiado w radiu oraz mocna ka. Najlepsze są te pite w poniedziałki. Poziom
znienawidzenia tego dnia jest proporcjonalny do zajebistości kubka tej
ambrozji. Słuchawki w uczy, dobry polski rap przekładany dobrym rockiem, tysiąc
cztery sprawdzenia czy zamknąłem drzwi i motywujące słowa „Byle do piątku
stary”.
Co dzień czuję, że jestem
przeznaczony do czegoś wielkiego- do WIELKICH czynów! Myślę tak codziennie,
jednak wielkie sprawy jakoś nie chcą dziać się wokół mnie. A nawet jeśli by się
działy to pewnie bym je przespał. 3…2…1…
Póki co biegnę na autobus bo za
późno wyszedłem. Śpię w autobusie. Dzięki temu systemowi mogę dziennie zyskać
ponad godzinę snu. Na bezrybiu Irak ryba. To przysłowie jest przecież bez sensu.
Uważam by nie przespać przystanku. Powrót do miejsca wyjazdu byłby frustrujący.
Trzeba było zostać w domu. Ale w domu ludzie umierają- a ja nie chce. Nie chce
w domu.
Droga do szkoły to kilka
kilometrów. Co niby może się stać podczas przebierania nogami prócz powolnej
degradacji obuwia? A jednak może. Ja dziś uratowałem dwa życia. W ostatniej
chwili przed wykonaniem kroku dostrzegłem na chodniku dwa małe robaki. Niczym
paralityk odsunąłem swą świętą stopę i uratowałem im życie. To jest pewnie ta
WIELKA sprawa, na którą tak czekam. Ja dotarłem do szkoły, a te dwa robaki
pewnie wpierdolił jakiś wróbel.
Szkołę opiszę tak dobrze, jak
tylko pamiętam: Siema, delta na minusie, romantyzm, kwas, do jutra. Resztę
przypomnę sobie jutro, gdy dowiem się, że za godzinę mamy sprawdzian, o którym
zapomniałem. Szkoła mnie boli. Obecność tylu idiotów w jednym miejscu jest
przytłaczająca. I jeszcze to: tu idioci są mądrzy. Paradoksy, paradoksy. Tu
znajdziesz automat z puszkami, który ma uchwyt do łapania wypadającej Coli o
tyle za mały by złapać puszkę, ale o
tyle za duży by uniemożliwić ci jej
wyciągnięcie. Pozostaje się zabić puszką czarnej wody i beztrosko odpoczywać na
środku korytarza pełnego idiotów. Tak w ogóle to w szkole mnie nie lubią- czuje
to. 3…2…1…
Już po lekcji- zostałem sam- nareszcie! Trafiłem
po raz tysiąc czwarty do tego samego przemiłego miejsca, w którym to kupuję
cheeseburger’a i dużą ka. Wydam na to majątek. Drogie są te gwoździe do trumny. Świadomość mnie boli,
czasami też żołądek. 3…2…1…
„Proszę reszta, smacznego”. Pomyślałem sobie, że ten dzień będzie
wyjątkowy. Moje szczęście w końcu miało mi dopisać. Dotarłem do tej „restauracji”
zaraz przed ulewą. Zawsze byłem dzieckiem szczęścia. Jedyne co w życiu wygrałem
to… Ale jeszcze coś wygram- na pewno! 3…2…1… Zawsze byłem dzieckiem.
Nie mam szczęścia, a jak już
je mam to jest ono skurwysynem światów. Daje mi trochę farta by potem śmieć się
ze mnie. Po połowie godziny musiałem wyjść, a na koniec deszczu nawet się nie
zapowiadało. Znów piszę tekst w tej „restauracji” 3…2…1… Jaki ja w niej widzę
klimat?
Wstaję i kończę. Nie mam już
czasu ani miejsca na kartce. Odwlekam wyjście z nadzieją, że przestanie padać.
Moje szczęście szczerzy swoje zęby. Pada jeszcze mocniej! 3…2…1… A zapomniałbym- w szkole mnie
uwielbiają!
Zmokłem!

ciekawa kompozycja, przez chwilę zastanawiałam sie, czy to nie jest część jakiegoś opowiadania :)
OdpowiedzUsuńŁadnie :)
jak dobrze znów poczytać Twoje teksty :)
OdpowiedzUsuń