środa, 31 października 2012

3...2...1...


                Wstaję. Przecież wstaję. WSTAJĘ… To znaczy próbuję wstać. Pierwszy budzik mam o 5:20. Zasypiam i się budzę przez kolejne tysiąc cztery drzemki. Mija godzina od pierwszego, niechcianego dźwięku. Mamy 6:20.  Czas wstawać tak na poważnie. Ogarniam się w szybkim tempie. Szybki prysz, szybkie śnia, szybkie wiado w radiu oraz mocna ka. Najlepsze są te pite w poniedziałki. Poziom znienawidzenia tego dnia jest proporcjonalny do zajebistości kubka tej ambrozji. Słuchawki w uczy, dobry polski rap przekładany dobrym rockiem, tysiąc cztery sprawdzenia czy zamknąłem drzwi i motywujące słowa „Byle do piątku stary”.


Co dzień czuję, że jestem przeznaczony do czegoś wielkiego- do WIELKICH czynów! Myślę tak codziennie, jednak wielkie sprawy jakoś nie chcą dziać się wokół mnie. A nawet jeśli by się działy to pewnie bym je przespał. 3…2…1…

                Póki co biegnę na autobus bo za późno wyszedłem. Śpię w autobusie. Dzięki temu systemowi mogę dziennie zyskać ponad godzinę snu. Na bezrybiu Irak ryba. To przysłowie jest przecież bez sensu. Uważam by nie przespać przystanku. Powrót do miejsca wyjazdu byłby frustrujący. Trzeba było zostać w domu. Ale w domu ludzie umierają- a ja nie chce. Nie chce w domu.

Droga do szkoły to kilka kilometrów. Co niby może się stać podczas przebierania nogami prócz powolnej degradacji obuwia? A jednak może. Ja dziś uratowałem dwa życia. W ostatniej chwili przed wykonaniem kroku dostrzegłem na chodniku dwa małe robaki. Niczym paralityk odsunąłem swą świętą stopę i uratowałem im życie. To jest pewnie ta WIELKA sprawa, na którą tak czekam. Ja dotarłem do szkoły, a te dwa robaki pewnie wpierdolił jakiś wróbel.

Szkołę opiszę tak dobrze, jak tylko pamiętam: Siema, delta na minusie, romantyzm, kwas, do jutra. Resztę przypomnę sobie jutro, gdy dowiem się, że za godzinę mamy sprawdzian, o którym zapomniałem. Szkoła mnie boli. Obecność tylu idiotów w jednym miejscu jest przytłaczająca. I jeszcze to: tu idioci są mądrzy. Paradoksy, paradoksy. Tu znajdziesz automat z puszkami, który ma uchwyt do łapania wypadającej Coli o tyle za mały by złapać puszkę,  ale o tyle  za duży by uniemożliwić ci jej wyciągnięcie. Pozostaje się zabić puszką czarnej wody i beztrosko odpoczywać na środku korytarza pełnego idiotów. Tak w ogóle to w szkole mnie nie lubią- czuje to. 3…2…1…

 Już po lekcji- zostałem sam- nareszcie! Trafiłem po raz tysiąc czwarty do tego samego przemiłego miejsca, w którym to kupuję cheeseburger’a i dużą ka. Wydam na to majątek. Drogie są  te gwoździe do trumny. Świadomość mnie boli, czasami też żołądek. 3…2…1…

 „Proszę reszta, smacznego”.  Pomyślałem sobie, że ten dzień będzie wyjątkowy. Moje szczęście w końcu miało mi dopisać. Dotarłem do tej „restauracji” zaraz przed ulewą. Zawsze byłem dzieckiem szczęścia. Jedyne co w życiu wygrałem to… Ale jeszcze coś wygram- na pewno! 3…2…1… Zawsze byłem dzieckiem. 

Nie mam szczęścia, a jak już je mam to jest ono skurwysynem światów. Daje mi trochę farta by potem śmieć się ze mnie. Po połowie godziny musiałem wyjść, a na koniec deszczu nawet się nie zapowiadało. Znów piszę tekst w tej „restauracji” 3…2…1… Jaki ja w niej widzę klimat?

Wstaję i kończę. Nie mam już czasu ani miejsca na kartce. Odwlekam wyjście z nadzieją, że przestanie padać. Moje szczęście szczerzy swoje zęby. Pada jeszcze mocniej!  3…2…1… A zapomniałbym- w szkole mnie uwielbiają!

                Zmokłem! 

2 komentarze:

  1. ciekawa kompozycja, przez chwilę zastanawiałam sie, czy to nie jest część jakiegoś opowiadania :)
    Ładnie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. jak dobrze znów poczytać Twoje teksty :)

    OdpowiedzUsuń